poniedziałek, 22 grudnia 2014

Trochę Indii we Wrocławiu

Ostatnio obiecałam, ze opowiem wam o jednym sklepie, który całkowicie skradł moje serce. A więc zapraszam!

Któregoś dnia przeglądałam sobie różne blogi. Na jednym z nich pojawił się link do strony internetowej sklepu Helfy. Myślę sobie, a wejdę, co mi szkodzi. I zakochałam się. Kosmetyki indyjskie, naturalne, ekologiczne, perfumy, herbata, wszystko czego dusza moja w tamtym momencie pragnęła. Oczywiście zawsze sprawdzam gdzie dany sklep internetowy się znajduje, bo może akurat we Wrocławiu. Niespodzianka! Nawet dwa! Poprzeglądałam produkty jeszcze raz, dokładniej, wzięłam P., moją współlokatorkę, i pojechałyśmy. Niestety nie zabrałam ze sobą aparatu, więc pozwolę sobie pożyczyć zdjęcie ze strony internetowej:


Helfy - ul. Hallera - schody 

Sklep znajduje się na ul. Hallera 8. Zanim weszłyśmy czułam, że będę zachwycona. W przedsionku stoi piękna kanapa, na której można usiąść, kolorowy rower, gabloty z kosmetykami, a za drugimi drzwiami kryje się reszta cudowności. 

To czego najbardziej boję się w nowym i małych sklepach są panie ekspedientki, które podchodzą zanim jeszcze zdążę dobrze wejść i pytają "może mogę w czymś pomóc?", a kiedy usłyszą, że nie, nalegają dalej. Ze może jednak, może opowie, pomoże znaleźć. Tutaj tak nie było. Pani owszem, po chwili podeszła, zapytała, ale jak odpowiedziałyśmy, ze damy sobie radę wróciła do swoich zajęć i dodała tylko, ze w razie problemu mamy ją zawołać. Spędziłyśmy tam około 40 minut wybierając, oglądając wszystko po kolei. Wróciłyśmy tam jeszcze drugi raz, i kolejny, ale do innego "oddziału", który zupełnie nie przypadł mi do gustu, dlatego nawet nie będę o nim opowiadać. 

Co można tam kupić? Albo może inaczej: co ja tam kupiłam? 
Trzy rzeczy, z którymi ostatnio się nie rozstaje:




1. Olej konopny
2. Grzebień z drzewa Neem
3. Naturalna Henna

 

Ale żeby nie przedłużać opowiem wam o każdym z tych produktów, o moich odczuciach podczas używania, o efektach w następnym wpisie. 

 

A może znacie jeszcze jakiś inny, tego typu sklep, który warto odwiedzić? :)

Do następnego!

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Prawie-święta na Hubskiej

Jeszcze dobrze nie zaczęli prowadzić bloga, a już go zaniedbali... Padamy na kolana i przepraszamy! Obiecujemy się poprawić!

Zamieszanie przedświąteczne i nauka tak bardzo nas pochłonęły, że nie mieliśmy czasu na cokolwiek. Od początku grudnia szukamy prezentów świątecznych. Kiedy już znaleźliśmy chwilę żeby w sobotę wybrać się na drugi koniec miasta i porobić już jakieś ostateczne zakupy to ilość ludzi w sklepach nas poraziła i ostatecznie nie kupiliśmy nic konkretnego. Kilka drobiazgów. Ale za to w niedzielę, zamiast z produktami do przygotowania obiadu wróciliśmy z... CHOINKĄ! Tak! Żywą! Pachnącą! Trochę krzywą i małą, ale naszą! Z racji tego, że oboje wracamy przed Wigilią do domu ubraliśmy ją już dzisiaj, co bym mogła się nacieszyć trochę, do piątku. Już obmyślam system jak ją "zakonserwować" żeby przez tydzień naszej nieobecności nie został z niej sam patyk :) Nasz pokój zrobił się taki piękny! Taki... świąteczny. Nie chce mi się z niego wychodzić.

A jutro czeka mnie ostatni w tym roku, wyjątkowo ciężki dzień na uczelni, kolejny maraton sklepowy, z jednego końca miasta na drugi. I zaciągnięcie M. do pomocy przy piernikach. Przed świętami doba powinna mieć kilka godzin więcej, serio!







P.S. A jak już jestem przy zakupach to następnym razem opowiem wam o moim ukochanym sklepie, takiej "naturalnej" perełce!


Do następnego!

sobota, 6 grudnia 2014

Dom

Zastanawialiście się kiedyś czym tak właściwie jest dla was dom? Kiedy siedziałam w piątkowy wieczór w busie, po dosyć długim czasie od ostatniego powrotu, marzyłam o tym, żeby być już w swoim starym pokoju. Przytulić się do ciepłego kota, posiedzieć w kuchni, położyć się spać i obudzić w swoim łóżku. Poczuć zapach świeżego chleba, potraw przygotowywanych przez moją mamę, jak zawsze kiedy przyjeżdżam. 
Kocham nasze wrocławskie mieszkanie, bo marzyliśmy o tej samodzielności od zawsze, chcieliśmy mieć "swój" dom. Ale dobrze czasem wrócić tam, gdzie spędziłam dużą część życia. Do miejsca, które nigdy nie jest puste.






czwartek, 4 grudnia 2014

Mikołajkowo-prezentowo

Kto nie lubi dostawać prezentów? Nie znam osoby, która nie uśmiechnęłaby się kiedy ktoś wręcza jej chociażby mały drobiazg. 
Okres przedświąteczny kojarzy się między innymi właśnie z prezentowymi zakupami. I tu często  pojawia się pytanie: co mam kupić?! Skąd ja wezmę pieniądze na to wszystko?!Co zrobić żeby mój prezent nie był oklepany, dopasowany do osoby obdarowywanej, a przy okazji nie zrujnował mojego portfela? 
Jest na to sposób! Tani, czasami może bywać pracochłonny, ale to kwestia indywidualna. A przy okazji taki prezent będzie cieszył jeszcze bardziej, bo zrobiony przez was!
W roli głównej wystąpi dzisiaj: FILC.
Czy jest ktoś kto nie zna tego cudownego wytworu? Można zrobić z niego wszystko. Od kolczyków po torby. Kiedyś robiłam z niego dość dużo rzeczy. Teraz, ze względu na brak wolnego czasu, trochę mniej, ale zmobilizowałam się właśnie po to, żeby wykonać mikołajkowe prezenty. 
A więc zapraszam do inspirowania się!


A więc na pierwszy ogień idą rękawiczki. Sama zainspirowałam się jednym modelem o podobnym wykonaniu, który znalazłam na jednym z zagranicznych sklepów internetowych. Zakochałam się w nich od razu (pewnie dlatego, ze były z kotem), ale jak zobaczyłam cenę to prawie spadłam z krzesła. I wtedy wpadł mi do głowy pomysł, że może da się je zrobić? Poleciałam kupić rękawiczki, znalazłam odpowiadający wzór dla osoby, która je dostanie, przyszyłam i gotowe!
Czas: ok. 40 minut
Cena: ok. 8-15 zł (chyba, że macie rękawiczki, to zostaje wam tylko groszowa sprawa- filc, ok. 3 zł za arkusz A4)

 Pomysł nr 2: kocia torba!
Przeznaczona dla drugiej miłośniczki kotów w rodzinie: mojej mamy. Musze się przyznać, że robiłam ją chyba pięć dni. Ale to dlatego, że nie usiadłam i za jednym razem nie przyszyłam wszystkiego. Wykonana w taki sam sposób jak rękawiczki: wyciąć wzory i przyszyć. 
Czas: łącznie ok. 2 godzin
Cena: ok. 13 zł




A teraz moje ulubione kołnierzyki!
Zrobiłam je jakoś w czerwcu, różowy dla siebie, czarny dla naszej obecnej współlokatorki. Zawsze podobały mi się tego typu naszyjniki, a kiedy pojawiły się w sklepach to albo nie odpowiadał mi wzór, albo były straaaaaaaasznie drogie. Więc postanowiłam, że sama go zrobię. Piszę o nich, bo to też może być świetnym prezentem mikołajkowym/świątecznym czy po prostu dodatkiem do świątecznego upominku. Z tym sprawa jest bardziej skomplikowana, przynajmniej w moim przypadku, kiedy cały kołnierzyk obszywałam koralikami. Robiłam go łącznie jakoś 6-7 godzin. Ale to wszystko zależy od was i waszego pomysłu.
Czas: nieokreślony :)
Cena: ok. 15 zł (filc + dodatki)

A wy co wolicie, pójść na łatwiznę czy wykonać prezent własnoręcznie? :)




 P.S. Z racji tego że wracam dzisiaj do domu na weekend, swój prezent dostałam już rano! Ale będzie mi ciepło!








Do następnego razu!

środa, 3 grudnia 2014

Perfekcyjna Pani Domu...

... czyli o tym jak jedna rzecz może zmienić życie "na lepsze". 

Pewnego dnia, zmuszeni do uzupełnienia swojej lodówki wybraliśmy się na wielkie zakupy (w każdy razie taki był zamiar). Chodziliśmy sobie między regałami, chodziliśmy aż tu nagle, ach, FIOLETOWY MOP, PIĘKNY FIOLETOWY MOP (serio, taka była moja pierwsza myśl). Kupiłam, przecież się przyda. Po powrocie do domu M. stwierdził, że przydałoby się ogarnąć nasz pokój. Tak ogólnie to jesteśmy do siebie podobni. Mamy podobny gust i poglądy na różne sprawy. Ale jest jedna rzecz, którą różnimy się całkowicie: sprzątanie pokoju. Nie przeszkadza mi, że na krześle leży sterta ubrań, że kosmetyki są wszędzie, a nie tylko w wyznaczonym na nie miejscu, że koc na łóżku nie jest idealnie położony. Tego przełomowego dnia padło standardowe pytanie, które wywoływało u mnie wzrost ciśnienia: "a może posprzątamy pokój?". Chwila namysłu, szukanie usprawiedliwienia, aż tu nagle myśl w głowie "nowy mop"! I się zaczęło. Pokój po godzinie błyszczał jak nigdy (nie zapominając o oknach i balkonie). 
Skończyłam, usiadłam na łóżku, porozglądałam się i myślę "kurcze, całkiem przyjemnie tutaj u nas, tyle miejsca". Zrobił się tak ciepło i przytulnie, "kaloryferowe" lampki jakoś lepiej się prezentują i dopiero teraz dodają uroku. Dwa dni później kupiłam kwiatka w doniczce, porozstawiałam świeczki, a krzesło jeszcze ani razu nie zapełniło się sterta ubrań. I M. stał się jakiś szczęśliwszy, i ja jakaś w lepszym humorze, nie przytłoczona. 

Jeden mop, a tak zmiana!








A wy, macie taką rzecz, która zmieniła was w "PPD"? :)


wtorek, 2 grudnia 2014

Veganmania

Co robi normalny człowiek w niedzielny poranek po imprezie? Odsypia oczywiście. Wyleguje się w łóżku. Nie robi NIC. A co robimy my? Wstajemy i jedziemy do Krzywego Komina, na Veganmanie! 

Pierwsze co nas przywitało to zapach jedzenia. Po lewej tofurniki, po prawej vege burgery, dalej sushi, zupy, stoiska z wegańskimi produktami, kosmetykami (moja ukochana Sweet Piggy i Świnki Trzy!), wszystko czego nasza głodna dusza (i żołądek) mogła zapragnąć! Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i musiałam coś kupić, ale o tym innym razem. I mogłabym tam siedzieć i jeść, i jeść, i jeść... Ale niestety, ze względu na niezbyt dużą ilość czasu nie mogliśmy pójść ani na wykłady, ani posiedzieć dłużej żeby spróbować wszystkiego.
 Jedynym minusem był rozmiar pomieszczenia, w którym znajdowały się stoiska. Niby fajnie, bo wszystko blisko, niby przytulnie, ale chyba trochę za wąsko. Prawdopodobnie nikt się nie spodziewał aż takich tłumów! 
Pomysł bardzo fajny, miła atmosfera, kto mógł być a nie był niech żałuje!
 Niestety nie wzięłam aparatu, ale udało nam się uwiecznić nasze pyszności telefonem :)

 Zupa z czerwonej soczewicy z curry (wrocławska Zupa) i pancakesy z owocami i nutellą z daktyli (Vega bar!)

A tu moi ulubieńcy! Opowiem wam o nich, jak spróbuję wszystkich, bo zdecydowanie jest o czym :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Po co i dlaczego?

Po co? Żeby zaburzyć stereotyp biednego studenta, który na śniadanie je bułkę z chlebem, na obiad chleb z masłem, a na kolację piwo. Żeby dzielić się pomysłami, przeżyciami, nowo odkrytymi miejscami. Żeby zaprosić was do naszego świata. Bo jest nas dwoje. Ja i M. (on jeszcze nie wie, że pomoże mi prowadzić tego bloga :) )

Dlaczego? Bo zawsze chciałam mieć takie "miejsce", ale nigdy nie miałam ani motywacji, ani odwagi. W końcu nadszedł ten dzień.

Witamy na naszym studenckim blogu!