sobota, 10 stycznia 2015

Z pamiętnika trądzikowca... część I

... czyli historia o tym, jak z brzydkiego kaczątka stać się trochę ładniejszym kaczątkiem :)

Wszystko zaczęło się w podstawówce, chyba w czwartej klasie. Jeden pryszcz, drugi, trzeci, i tak dalej, i tak dalej... I pewnie wszystko przebiegłoby łagodniej, gdybym nie była jedyną osobą w moim otoczeniu, która miała takie problemy. Wyjścia z domu ograniczałam najbardziej jak tylko się dało. Każdy gorszy dzień mojej twarzy zmieniał się w koszmar. Lustra omijałam tak bardzo, jak tylko się dało. Nie ma nic gorszego, niż obrzydzenie do swojego wyglądu. 
Nie zabrakło też oczywiście "życzliwych" ludzi, przypominający mi o tym na każdym kroku i zasypujący mnie cudownymi radami, które były na takim samym poziomie jak ich wiedza o trądziku. Nie pomagało mi nic, zupełnie. A kiedy już miałam nadzieję i widziałam, że jest odrobinę lepiej, następnego dnia czekało mnie rozczarowanie. Bałam się wychodzić do ludzi, a moja pewność siebie leżała na samym dnie i nic, zupełnie nic nie wskazywało na to, że miałaby się podnieść. 
Aż w końcu pomyślałam sobie, "no nie, coś tu jest nie tak, coś robię źle". Zaczęłam więcej czytać na ten temat, rozmawiać z ludźmi z tym samym problemem, obserwować i analizować.
Dziś wiem na ten temat bardzo dużo (a przynajmniej tak mi się zdaje). Dzięki swojej silnej woli  i wiedzy, dzisiaj mogę ze spokojem popatrzeć w lustro, co więcej, mogę wyjść bez makijażu i nie bać się, że ludzie dookoła pouciekają! Wiadomo, że jak u każdego zdarzają mi się gorsze dni skóry, ale to jest nic, na prawdę. Walczę jeszcze z czerwonymi śladami, ale to jest do wygrania. A od czasu kiedy mieszkam we Wrocławiu, zmieniłam otoczenie i codziennie mijam różne osoby, zaczęłam wierzyć, że nie ma ludzi idealnych. Kobiety z idealną cerą w magazynach, internecie i telewizji nie istnieją. Istnieje photoshop i świetni graficy.

Wspomniałam wyżej o radach "życzliwych", więc chciałabym się z wami nimi podzielić. Ale z moim komentarzem. Uwaga, uwaga...:

1. Idź do dermatologa, on Cię wyleczy.
Kiedyś strasznie wkurzałam się na moją mamę, że nie chciała chodzić ze mną do dermatologa. Dzisiaj jej za to dziękuję. 
Dermatologa traktuje się jak cudotwórce. A jedyną rzeczą, którą zazwyczaj robi jest przepisywanie maści i antybiotyków w kosmicznych cenach, ze skutkami ubocznymi dłuższymi niż korzyści. Co śmieszniejsze, leki te działają zazwyczaj tylko podczas ich używania, a kiedy zakończy się kurację, problem wraca. 
"Mówisz tak, a nie byłaś nigdy ze swoją twarzą u lekarza." Racja, nie byłam, ale znam osoby, które chodzą od kilku lat, wydają majątek na coś, co zupełnie nie działa. Na maści, tabletki, cudowny izotek. A jeśli już jesteśmy przy izoteku to...

2. Jak zaczniesz brać izotek to ci przejdzie na zawsze.
Izotek ostatnio stał się bardzo popularny i wszyscy chcą go brać. Co tam, że skutki uboczne są jakie są, co tam, że izotek często nie leczy, tylko "tuszuje", a po roku czy dwóch latach problem wraca.Znam tylko jedną osobę z mojego otoczenia, którą izotek wyleczył tak całkowicie. Tylko jedną.

3. A może powinnaś zacząć brać tabletki antykoncepcyjne? 
Oto kolejna cudowna metoda na trądzik! Niezawodna, cudowna, skóra staje się gładka jak pupcia niemowlaczka! 
Aż tu nagle przychodzi ten moment, kiedy tabletki się kończą i ups... "Twarzowa wpadka".

4. Musisz stosować kosmetyki przeznaczone do Twojej skóry, czyli przeciwtrądzikowe.
Przyznaję się, używałam, chyba wszystkie dostępne na rynku. Byłam młoda i głupia. Ale pewnie gdybym od samego początku stosowała taką pielęgnacje jak teraz, nie miałabym tylu problemów. Nie zmarnowałabym tylu lat życia na martwienie się o swoją twarz.
Podsumowując: kosmetyki dla skóry trądzikowej nie leczą trądziku. Są inne metody, o wiele tańsze i skuteczniejsze, ale o tym niebawem :)

5. Weź wyciśnij i po sprawie.
Tutaj zawsze mi brakowało słów, podnosiłam głowę i pytałam "dlaczego? WHY?!". Ale na szczęście już nikt nie mówi takich strasznych rzeczy. I mam nadzieję, że nie robi! 

I wiele, wiele innych, które zawsze podnosiły mi ciśnienie, albo sprawiały, że oczy robiły się szklane, a wielka gula stawała w gardle. Dzisiaj nikt już nie zwraca uwagi na moją twarz, przynajmniej w tym negatywnym znaczeniu. Za to często spotykam się z pochwałami typu "uuu, nie poznaje, co za zmiana, wszystko zeszło, jak to?!", od osób, które pamiętają mnie z "tamtych czasów". 

A jak to się stało? O tym i o cudownych specyfikach, nie tylko dla trądzikowców, o sile natury i diecie, w drugiej części. 




Do następnego! :)
  

     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz